Ze wspomnień Lecha Kobylińskiego - "Konrada" (3)
   Na zebraniu sztabu AL powiedziano mi, że taktycznie oddziały AL podporządkowane będą dowództwu AK, ale zachowają odrębność organizacyjną i podległość dowództwu AL. Batalionowi Czwartaków przydzielono do obrony odcinek od strony Wisły, na który składało się skrzyżowanie ulicy Mostowej, Bugaj, Boleść i Rybaki, budynek starej prochowni i sąsiednie oraz częściowo zrujnowane zabudowania fabryki Quebracho (reduta Mostowa).W walkach na tym odcinku wzięły udział pierwsza i trzecia kompania „Czwartaków”, kompania druga miała wkrótce przejść na Żoliborz, a później do puszczy Kampinoskiej. Przyszedłem na ten odcinek, przedstawiłem się, powitał mnie dowódca porucznik „Nałęcz” z AK i zameldował jako starszemu rangą (otrzymałem wówczas nominację na kapitana, a pewna kobieta przyniosła mnie czapkę oficerską przedwojenną z dystynkcjami kapitana. Nosiłem ją przez jakiś czas dopóki nie było silnych bombardowań i wszyscy znali mnie jako kapitana z laską).Stan załogi porucznika Nałęcza, o ile pamiętam, było to około 20 ludzi uzbrojonych bardzo marnie. Mieli na stanie kilka pistoletów, i trzy karabiny, z których jeden niemiecki karabin z amunicją, jeden karabin francuski do którego było pięć sztuk amunicji, i jeden rosyjski w ogóle bez amunicji. Do tego mieli pewną liczbę granatów powstańczej produkcji, tak zwanych „filipinek” i sporo butelek zapalających (koktajli Mołotowa).
   Z dumą powiedziałem mu, że baon Czwartaków jest dobrze uzbrojony i że trzydziestu ludzi dołączy do załogi odcinka. Tak też i było. Współpraca z dowódcą odcinka, porucznikiem „Nałęczem” układała się bardzo dobrze. Był to pan w wieku 40-45 lat, przedwojenny oficer rezerwy i znał się nieźle na rzemiośle wojskowym, choć walki w mieście były dla niego nowością. Miał on do pomocy podchorążego „Orlikowskiego”, bardzo dzielnego i bystrego młodego chłopca, który zginął niestety w ostatnich dniach obrony Starówki. W końcu sierpnia został on odznaczony przez dowódcę AL krzyżem Grunwaldu za zniszczenie czołgu na ul. Boleść. W rewanżu pułkownik „Wachnowski” odznaczył „Gustawa” krzyżem Virtuti Militari. Formalnie dowódcą odcinka był por. „Nałęcz”, ale ponieważ byłem starszy rangą, a ponadto dowódcą znacznie silniejszego oddziału, podporządkowywał się on często moim rozkazom, czego jednak nie starałem się wykorzystywać i właściwie dowodziliśmy kolektywnie. Na tej placówce pozostawałem do 28 sierpnia, tj. do dnia, gdy wieczorem weszliśmy do kanału wiodącego na Żoliborz.
   Szkic sytuacyjny reduty „Mostowa” pokazuje rozlokowanie naszych oddziałów. Podstawowym punktem oporu był budynek starej prochowni. Budynek o bardzo grubych murach, z niewielkimi oknami wysoko nad ziemią, stanowił doskonały punkt obronny. Z okien tego domu można było łatwo obrzucać butelkami zapalającymi czołgi i pojazdy zbliżające się do barykady. Barykada (najsilniejsza) w poprzek ulicy Boleść broniła przed natarciem czołgów, czy samochodów opancerzonych od strony Wisły, a słabsza w poprzek ulicy Bugaj, przed natarciem piechoty od strony ulicy Rybaki. Z tej strony nie spodziewano się zagrożenia, gdyż dalej, w odległości około 100 metrów stacjonowała silna placówka AK. Także na przedłużeniu ulicy Bugaj w stronę zamku Królewskiego zajmowały pozycje oddziały AK. Cały ten odcinek był dowodzony przez majora „Roga” z AK.
   Redutę „Mostowa” obsadziliśmy, jeśli dobrze pamiętam, chyba 9 sierpnia, gdy organizacja batalionu Czwartaków była w pewnym sensie zakończona. Batalion pozostawał na kwaterze przy ulicy Freta 16.
   Redutę„Mostowa” Niemcy w dniach pomiędzy 12 –15 sierpnia zaatakowali dwukrotnie czołgami wzdłuż ulicy Boleść od strony Wisły. Chłopcom w obydwu wypadkach udało się z okien prochowni podpalić czołgi butelkami zapalającymi. Jeden z nich dopalił się do końca, drugi zgasł, lecz załoga uciekła. Odznaczył się przy tym szczególnie wspomniany podchorąży „Orlikowski”, który po ucieczce załogi niemieckiej wdarł się do pierwszego z nich (palącego się!) i wyniósł karabin maszynowy. Z drugiego my, to znaczy „Czwartacy”, wynieśliśmy i karabin maszynowy i kilka karabinów, amunicję i miny przeciwczołgowe, talerzowe. Wraki tych czołgów stały na przedpolu, a trzeci, był to samochód pancerny, który podjechał później, został uszkodzony i odholowany przez Niemców. 
   Po tym doświadczeniu Niemcy nie ryzykowali już podchodzenia czołgami na bliską odległość, ustawiały się one w czasie natarcia u wylotu ulicy Boleść i z tej bezpiecznej odległości ostrzeliwały redutę. Niektóre relacje i komunikaty z powstania podają liczbę zniszczonych czołgów na 4 lub nawet 6, ale to nieprawda. Zniszczyliśmy dwa czołgi i uszkodziliśmy jeden pojazd opancerzony, a to i tak był bardzo duży sukces. W wielu komunikatach w czasie powstania podawano przesadnie optymistyczne wieści ku pokrzepieniu serc. Teraz nie ma potrzeby zawyżania sukcesów.
   Po odparciu ataku czołgów, następnej nocy zorganizowałem wypad w kierunku Wisły, gdyż tam zauważyliśmy stanowisko karabinu maszynowego. Stanowisko to Niemcy ulokowali tuż przed uskokiem, poza którym było znaczne obniżenie gruntu przy samym brzegu Wisły. Tamtędy odbywał się cały ruch wojska niemieckiego i jeździły tam czołgi i samochody całkowicie zasłonięte przed ostrzałem powstańczym. Wspomniany karabin maszynowy dawał się nam nieźle we znaki, gdyż z niego można było razić całą ulicę Mostową biegnącą pod górę, a także wszystkie nasze stanowiska.
   To stanowisko postanowiliśmy zaatakować nocą, gdyż tylko w ciemności można było do niego podkraść się na odległość rzutu granatem. Tak zrobiliśmy tej nocy, granaty rzucił „Mucha”, który podkradł się najbliżej czołgając się przez zarośla i gruzy a gdy granaty wybuchły, Niemcy uciekli pozostawiając karabin oraz skrzynki z amunicją i zapasowe lufy. Wszystko to natychmiast zabraliśmy. To był dopiero rarytas!. Był to uniwersalny karabin maszynowy model MG42 na dwunogu w doskonałym stanie. Była to wspaniała broń szalenie szybkostrzelna (1500 pocisków na minutę) o dużej donośności i celności, bardzo nowoczesna. Poprzednio zdobyte wyciągnięte z czołgów karabiny maszynowe były starszego typu, prawdopodobnie model MG 34. Wadą tej broni było to, że lufa grzała się szybko i trzeba było czekać na ochłodzenie lub wymieniać lufę. Stąd zapasowe lufy bardzo były przydatne, wymiana lufy była bardzo prosta i trwała kilkanaście sekund. W ten sposób uzbrojenie batalionu powiększyło się znacznie. 
Strony:   <<<   1   2   3   4   6  >>>
Strony:   <<<   1   2   3   4    6   >>>
Ilustracje do Wspomnień L.Kobylińskiego:
Szkic sytuacyjny reduty „Mostowa”

Niemiecki karabin maszynowy MG 42 zdobyty przy Wisłostradzie

Manifo.com - free website