WARSZAWSKIE POKOLENIA

Wspomnienia o patronacie

Wspomnienia

Ryszarda Strońskiego

o patronacie ZMS nad budową petrochemii
i rurociągu naftowego "Przyjaźń"
w Płocku
w latach 1960-1964

(Fragment książki „Obrączka z tombaku” – wydanie 2009 r.
rozdziały: „Biała”, „Błoto”, „Pięciu z Białej” 
––
uzupełniony poprawkami autora w październiku 2015 r.)
W p r o w a d z e n i e

     Oto już 55 lat minęło od kwietnia 1960 roku, kiedy to II Zjazd ZMS w swojej uchwale stwierdził m.in.: … „że Związek Młodzieży Socjalistycznej przejmie patronat nad budową rurociągu naftowego i kombinatu chemicznego w Płocku. W związku z tym Zjazd poleca Komendzie Głównej OHP opracowanie planu realizacji zadań wynikających z objęcia patronatu nad tym obiektem”.
     W kolejnych latach opieką całego Związku, jego niektórych ogniw wojewódzkich, powiatowych i zakładowych objęto kilkadziesiąt przedsięwzięć inwestycyjnych i produkcyjnych.
     Zarząd Stowarzyszenia „Pokolenia” – Krajowy, Mazowiecki i Warszawski - organizując w dniu 21 listopada 2015 roku jubileuszowe spotkanie, chcą patronackie inicjatywy ZMS i ZSMP … „w imię prawdy - ocalić od zapomnienia”, a ich organizatorom i uczestnikom przekazać wyrazy uznania i podziękowania.
     Publikując z tej okazji wspomnienia Ryszarda Strońskiego, organizatora inicjatyw i działań KC ZMS w Płocku - będące nieco tylko skorygowanym fragmentem z jego książki pt. „Obrączka z tombaku”, pokazać chcemy w jak różnych obszarach patronat z powodzeniem, choć nie bez wielu trudności, służył wielkiej budowie i jej młodej załodze.
     Tak powstały zręby obecnego Polskiego Koncernu Naftowego „ORLEN”.

Władysław Laskowski
Biała

   Polski przemysł, od jakiegoś czasu rozwijający się w tempie dotychczas niespotykanym w historii naszej gospodarki, potrzebował coraz więcej ropy naftowej. Głównym jej dostawcą był wówczas Związek Radziecki. W krótkim czasie powstał, liczący ponad 4000 kilometrów, rurociąg „Przyjaźń”, którego północnym odcinkiem dostarczano ropę do rafinerii w Płocku.

   W styczniu 1959 roku premier Józef Cyrankiewicz podpisał dokument o lokalizacji zakładu ropy naftowej we wsi Biała koło Płocka. To 40-tysięczne miasto dostało wielką szansę rozwoju. Stary, historyczny Płock rozpoczął, zapoczątkowany ożywieniem gospodarczym, nowy etap życia, drugą młodość - dosłownie i w przenośni.

   W specjalnie powołanym do budowy Petrochemii Przedsiębiorstwie Budownictwa Przemysłowego Petrobudowa, którego dyrekcja znajdowała się początkowo w domu mieszkalnym, dział kadr w jego piwnicy, a inne działy techniczne i projektowe w budynkach gospodarstwa wiejskiego, już na początku 1961 roku zatrudnionych było 1600 pracowników. Tylko 360 z nich miało wówczas powyżej trzydziestki. Były to roczniki, których dzieciństwo przypadło na okres wojny.

   W kwietniu 1960 roku II krajowy zjazd ZMS przyjął uchwałę o objęciu patronatu nad budową rurociągu naftowego i Kombinatu Petrochemicznego w Płocku. Miesiąc później odbyło się w tym mieście wspólne wyjazdowe posiedzenie egzekutywy Wojewódzkiego Komitetu Warszawskiego partii i prezydium Komitetu Centralnego ZMS. Byłem odpowiedzialny za organizację tego spotkania.

   Pod koniec obrad, które były poświęcone szczegółom realizacji patronatu zauważyłem, że członkowie prezydium coraz częściej spoglądają w moim kierunku. Jednocześnie pochylają się nad przechodzącą z rąk do rąk karteczką i coś tam na niej zapisują. Za chwilę dowiedziałem się, że widniało na niej moje nazwisko. W ten sposób, jak się wkrótce przekonałem, zdecydowano o moim dalszym losie. Nikt przedtem nie zadał sobie trudu, by zapytać mnie, czy ewentualnie zechcę przeprowadzić się do Płocka.

   Wstał Marian Renke, I sekretarz Komitetu Centralnego ZMS.

   - Chciałem poinformować, że przed chwilą nasze prezydium zatwierdziło Ryszarda Strońskiego - pokażcie się, towarzyszu - na organizatora i pełnomocnika naszego komitetu do spraw patronatu ZMS nad budową Petrochemii i nitki rurociągu. - powiedział. (...)
     Osłupiałem! Mieszkałem wtedy w Ursusie, żona pracowała w szkole, dzieci były małe... Wszystko to błyskawicznie przemknęło mi przez głowę. Kolejna przeprowadzka?

     Towarzysze pogratulowali i. odjechali. Sekretarz Wojewódzkiego Komitetu Warszawskiego partii Henryk Szafrański obiecał, że porozmawia z moją żoną i spróbuje przekonać ją do wyjazdu do Płocka.

     Zostałem sam. Bałem się, nie miałem pojęcia, od czego zacząć. Zetemesowców na budowie było zaledwie jedenastu; dopiero po trzech latach udało się zebrać dwutysięczną armię ludzi, z którymi można było zrealizować każdy pomysł. Na domiar złego, nikt nie zwracał na mnie najmniejszej uwagi. Na niewiele się też zdało hołdowanie panującej wtedy w Płocku wśród kadry budowlanej modzie. Skórzany płaszcz i duża teczka ze skóry robiły co prawda pewne wrażenie, ale... Chociaż nie, niezupełnie tak! Gdy przypadkowo natknąłem się na dyrektora Petrobudowy Stefana Patynę, zaprosił mnie do gabinetu i zaczął rozpytywać o ten płaszcz; przymierzał i poprosił o adres sklepu w Warszawie.

     - Widzicie, mnie się podoba raglan, a wasz to właśnie raglan, i w dodatku niezbyt ciężki - mówił dyrektor.

     Obiecałem mu, że zapytam, czy takie płaszcze jeszcze są w tym sklepie, a jak nie, to zamówię jego rozmiar. Przy tej okazji dowiedziałem się, że na budowę będzie potrzebne 3000 metrów bieżących płyt żelbetowych na prowizoryczne drogi, by samochody nie grzęzły w błocie. Już zdarzają się sytuacje, kiedy trzeba je wyciągać dźwigami. Dostawcy krajowi odmówili realizacji takiego zamówienia.
     Nadarzyła się więc okazja, by błysnąć, zrobić coś efektownego, zaistnieć, i jednocześnie uchronić budowę przed wielkimi kosztami i niedotrzymaniem terminów. Liczył się czas, płyty trzeba było zdobyć w ciągu kilku dni; zbliżała się jesień.

     Przypomniałem sobie, że pułkownik wojsk radzieckich stacjonujących w Legnicy, szef wojskowego Komsomołu, który jakiś czas wcześniej zwiedzał naszą budowę z grupą komsomolską, ujawnił w rozmowie ze mną (oczywiście przy wódce), że jego jednostka buduje pasy lotniskowe z płyt betonowych. Teraz skojarzyłem tamtą wiadomość z naszymi potrzebami.
     
     Na zebraniu sztabu interwencyjno-ekonomicznego ZMS postanowiliśmy, że spróbujemy naszych sił. Szef sztabu Tadeusz Markiewicz i ja pojechaliśmy z odpowiednimi pełnomocnictwami i prezentami do Legnicy. Przyjął nas generał, dowódca jednostki. Wręczyłem padarki i wyłuszczyłem po rosyjsku, za czem prijechali. Trochę się obawialiśmy, że pułkownik, który powiedział nam o podkładach, będzie miał kłopoty. Ale postanowiliśmy zaryzykować. Generał wezwał pułkownika i powiedział: „Obieszczał, tiepier dawaj” [ros., Obiecałeś, teraz daj]. Długo oblewaliśmy sukces i umacnialiśmy przyjaźń polsko-radziecką - wtedy jeszcze miałem do tego zdrowie.

     W ciągu kilkunastu dni wagony, załadowane wcześniej przy pomocy żołnierzy komsomolców, znalazły się w Płocku. Rozliczeniami zajął się dział zaopatrzenia Petrobudowy. Dowiedziałem się później, że rozliczać się trzeba było z polską centralą handlu zagranicznego. Bo to produkt polskiego przemysłu został „podarowany” polskim „druzjam” [ros., przyjaciołom].
     Ta udana akcja rozwiała obawy dyrekcji, kadry inżynieryjnej i załogi, że nasz patronat będzie miał tylko charakter propagandowo-polityczny. Po pierwszym kroku nastąpiło przełamanie lodów, potem zaczęła się już codzienna praca.

     Kłopoty z terminową dostawą materiałów i urządzeń miała nie tylko Petrobudowa, ale także 24 firmy podwykonawcze, w tym takie giganty jak Mostostal, Beton-Stal, Elektromontaż, które musiały zapewnić sobie dostawy tysięcy wagonów materiałów budowlanych i konstrukcji, wielu kilometrów rurociągów, setek tysięcy detali niezbędnych do montażu instalacji.
     
     Przed zaopatrzeniowcami kombinatu stały olbrzymie zadania, ustalony harmonogram budowy był napięty i każde opóźnienie dostawy, a tym samym budowy i montażu sprzętu, groziło niedotrzymaniem terminów uruchomienia produkcji. Plany dostaw nie były wypełniane, często na skutek złej pracy PKP.

     Poprosiłem „Sztandar Młodych” i „Walkę Młodych”, by na swoich łamach zwróciły się o pomoc do wszystkich instancji zakładowych ZMS w kraju. Sztab patronacki wysłał listy do organizacji ZMS-owskich w zakładach, gdzie produkowano urządzenia dla Płocka. Młodzi inżynierowie, członkowie sztabu wyjeżdżali do tych zakładów na spotkania z młodzieżą, zwracając się bezpośrednio o pomoc w terminowym wykonaniu i dostarczeniu urządzeń i materiałów.
     Wagony z dostawami dla Płocka nie mogły czekać. Zetemesowski sztab ekonomiczno-interwencyjny przy komitecie międzyzakładowym ZMS powołał podobne sztaby przy dyrekcjach PKP Na trakcjach, wagonach i rampach pojawiły się plakaty z hasłem „Zielona droga dla Płocka”. Stało się ono zawołaniem całego Związku Młodzieży Socjalistycznej; ułatwiało nam załatwienie wielu ważnych spraw. Brygady młodzieżowe działające w PKP usprawniały przebieg transportów z urządzeniami dla kombinatu. Powstawały - z naszej inicjatywy
- wewnętrzne patronaty, na przykład w hucie „Bobrek”. Dzięki temu w terminie wykonano blachy dla huty „Ferrum”, która z kolei produkowała rury dla kombinatu. Gdy nie nadchodziły dostawy pospółki, pod kierownictwem Wojtka Karwowskiego wkraczał do akcji sztab ZMS. Mobilizowano dodatkowy transport rozładowywany przez brygady młodzieżowe.

     W 14 zakładach, będących głównymi dostawcami urządzeń, i w biurach projektowych w całej Polsce pojawiły się filie naszego sztabu ekonomicznego. Ich zadaniem było terminowe dostarczanie dokumentacji. Działacze ZMS przy Mazowieckich Zakładach Rafineryjno-Petrochemicznych wystąpili do mnie z propozycją zorganizowania ogólnopolskiej konferencji młodych projektantów z biur projektowych. Wspólnie z organizacją ZMS z Biura Projektowego „Nafta” w Krakowie powołaliśmy Komitet Interwencyjny Patronatu ZMS dla 27 takich biur.

     Stwarzaliśmy klimat, który sprzyjał dobrej pracy. Patronat nabierał nowych kształtów. Zaniedbania, opóźnienia i ich przyczyny krytykowała prasa młodzieżowa, a szczególnie „Sztandar Młodych”. Częstym gościem w Białej był dziennikarz „Sztandaru” Andrzej Bajorek. Jego artykuł z 1962 roku (napisany wspólnie z M. Bieleckim) pod tytułem „Petrobigos”, zamieszczony na pierwszej stronie dziennika spowodował ogromne poruszenie na budowie i w instancjach centralnych. Andrzej był wzywany na dywanik do różnych komitetów partyjnych, gdzie starano się udowodnić mu niestosowność takiej ostrej krytyki. Zwołałem posiedzenie Komitetu Międzyzakładowego ZMS-u i sztabu patronatu, na którym potwierdziliśmy zasadność opinii zawartych w artykule. Jednocześnie zostałem zobowiązany do wystąpienia w podobnym duchu na, zwołanej przez Komitet Centralny partii, krajowej naradzie budownictwa z udziałem kierownictwa partii i rządu.

     W Komitecie Centranym ZMS odradzano mi zarówno krytyczne wystąpienie w stosunku do władz centralnych, jak i apelowanie do rządu, by bliżej zajął się sytuacją w Białej. Za pół roku miała popłynąć do Płocka ropa. Jeśli w porę nie usunie się przyczyn zaniedbań, pozostanie tylko hura-optymizm - myślałem. Nie chciałem zatem łagodzić przemówienia. Powiedziałem, że mam zobowiązanie w stosunku do płockiej młodzieży. Moją siedmiominutową mowę czytali i poprawiali różni ważni towarzysze z Komitetu Centralnego ZMS i Komendy Głównej OHP Bali się bardziej niż ja. W końcu tekst został zatwierdzony. Jan Górnicki i Tadeusz Rudolf dopilnowali, abym w czasie przerwy w obradach, mających miejsce na najwyższym piętrze przy ulicy Nowy Świat 6, jeszcze kilka razy sprawdził wystąpienie przed jego wygłoszeniem. Wreszcie nadeszła moja chwila! Gomułka siedział nadęty i wściekły. W pierwszej połowie narady usunął z mównicy dwóch dyskutantów.
     Zacząłem mówić. Od pierwszej minuty słyszę poruszenie na sali i w prezydium. Nie lubi się tutaj krytyki! - pomyślałem. Mija dalszych pięć minut, gdy nagle Gomułka przerywa mi podniesionym głosem i mówi, że nie chce tego słuchać!
- Ja nie tylko do was mówię, towarzyszu Wiesławie, ale także do innych zgromadzonych na tej sali - bąknąłem zdenerwowany. - Chciałbym dokończyć.
- Chwileczkę - wtrąca się Cyrankiewicz - wczoraj na posiedzeniu rządu omawialiśmy te problemy i w zasadzie je znamy, na razie dziękujemy wam, towarzyszu.

     Nic tutaj po mnie - myślę - i schodzę z mównicy. Koledzy z radia proszą mnie o egzemplarz wystąpienia, które później w całości ukazuje się w biuletynie i w młodzieżowych audycjach Polskiego Radia. Do końca narady nikt jednak do mnie nie podszedł, żeby podtrzymać na duchu. Wszyscy myśleli zapewne, że do Płocka nie mam już po co wracać.

     Powoli zbierały się nade mną chmury. Niedługo spotkam się z komisją kontroli partyjnej.

     Na razie gorliwcy z władz partii ukarali mnie, obniżając rangę odznaczenia, o które poprzednio dla mnie wnioskowali - z Krzyża Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski do Złotego Krzyża Zasługi.
     W pierwszych latach budowy sztab ekonomiczno-interwencyjny zajmował się ponad tysiącem spraw, z których większość zakończyło się sukcesem. Dotyczyły one spraw socjalno-bytowych, jak na przykład utworzenia stołówek w hotelach robotniczych czy likwidowania nielegalnego handlu alkoholem.

    Wymyśliłem akcję „Sygnał”. Nagłaśnialiśmy zagrożone terminy i sygnalizowaliśmy poważne zaniedbania. Czerwone, wycięte z blachy okrągłe tablice z napisem „Alarm” były umieszczane na budowach. Wisiały do momentu zlikwidowania przyczyny, z powodu której się tam znalazły. Stanowiły skuteczny bodziec do usuwania zaniedbań. Obok widniały hasła o treści: „Nie bądź obojętny na nasz ‘Sygnał’”, ”Fuj! Ale u was bałagan”, „ZMS tępi marnotrawstwo i niechlujstwo na budowie - pomóż nam w tym!”, „ZMS-owcy, patronat zobowiązuje - dajmy przykład rzetelnej pracy!”. Na wezwanie dyrekcji, skutecznie mobilizowaliśmy do usuwania awarii. W tym celu organizowaliśmy brygady młodych ludzi, kierując je wszędzie tam, gdzie sytuacja wymagała natychmiastowej interwencji, często w bardzo trudnych warunkach. Opracowaliśmy sprawny system porozumiewania się i szybkiego dojazdu.
     Jedną z takich akcji, przeprowadzoną podczas betonowania destylacji rurowo-wieżowej, opisał w książce Płockie płomienie Rajmund Gersz, wówczas majster w „Betonstalu”:

     (... ) „Oni chyba też tu przed chwilą przyjechali i - poddani złemu urokowi fatalnej organizacji - wydają się skamieniali, patrząc w dół z krawędzi wykopu. Naraz odrywa się z ich grupy sekretarz KZ ZMS i usiłuje, jak się orientuję, zapobiec czemuś, czego się już od pewnego czasu obawiam. Znam jego energię i inicjatywę w podobnych wypadkach, powinien być budowlańcem - powiedziałem mu kiedyś. Zna zasady dużej gry. Ściągają wszyscy, kto żyw, marynarki i chwytają za łopaty. Dodatkową, naprędce zbitą rynną rzucają sztywniejącą masę do szalunków. Dobre i to.(.) Nie podchodzę nawet do nich, bo na moje nieme pytanie sekretarz macha ręką z wściekłą rezygnacją. Wiem, co myśli, więc wsiadam do wozu i wracam do siebie”.(...)

     W końcowej fazie tej budowy rozpoczęła się słynna koncentracja; skierowano tu wszystkie siły. Do walki z czasem stanęły najlepsze brygady zetemesowskie - Piechowiaka, Zielonki, Trybuchowicza, Chmiela, Szakury. Przez wiele tygodni pracowano nawet po szesnaście godzin dziennie. To był szturm!
     W sierpniu 1964 roku popłynęły pierwsze produkty: benzyna, olej  napędowy i olej opałowy.Pół roku wcześniej, w grudniu 1963 roku - na uroczystości oddania do użytku polskiego odcinka rurociągu „Przyjaźń” - Władysław Gomułka mówił: „Należy podkreślić, że realizacja tej wielkiej budowy w stosunkowo krótkim czasie była możliwa także dzięki poważnej organizatorskiej i politycznej pracy, między innymi ZMS-u. Problemy budowy stanowiły treść codziennej pracy organizacji, zarówno u inwestora, jak i w przedsiębiorstwach wykonawczych. Poważną część budowniczych rurociągu stanowiła młodzież i Związek Młodzieży Socjalistycznej objął patronat nad budową. Dzięki temu twórczy wysiłek i entuzjazm młodzieży został skierowany do wykonania trudnych zadań budowy”.

     Płock stopniowo zmieniał swoje oblicze: powstające sklepy, zakłady i lokale usługowe, hotel „Petropol” nadawały miastu nowoczesny charakter. Nowe osiedla mieszkaniowe - „Kolegialna”, „Dobrzyńska” i planowane, „Patronatu ZMS” - zachęcały do zamieszkania tu na stałe.
     W 1962 roku odwiedził Płock Julian Tokarski, wicepremier PRL. Towarzyszyli mu przedstawiciele władz miasta i powiatu. Obecni byli naczelni dyrektorzy przedsiębiorstw budowlanych i architekci.

     - Słyszałem, że powstaje inicjatywa budowy osiedla młodzieżowego. Chyba nie będziecie budować tak drogo, jak na tej Kolegialnej. Byłem niedawno w Tarnobrzegu, tam robią to taniej - mówił dalej - jeden ustęp na korytarzu dla kilku rodzin na piętrze! Tak trzeba, jeszcze nas nie stać na luksusy!

     Nie wytrzymałem!

     - A wy, towarzyszu, razem z towarzyszem Cyrankiewiczem chodzicie do jednej ubikacji na piętrze? - palnąłem.
     - Kto to powiedział, który z was? - rozglądał się nerwowo. Spojrzawszy na mnie, zabełkotał coś niecenzuralnie.

     Nagle jednak przestał interesować się budową i pojechał na poczęstunek. Sekretarz Komitetu Wojewódzkiego Henryk Szafrański poprosił wtedy, żebym już nie rzucał się premierowi w oczy, od niego bowiem będzie zależała dalsza dotacja mieszkaniowa.

     Inwestor oraz kierownictwo Petrobudowy i jej naczelny dyrektor Antoni Rogucki, którego w przyszłości odznaczono Orderem Budowniczego Polski Ludowej, nie przejęli się uwagami premiera Tokarskiego i zezwolili młodzieży przystąpić do budowy osiedla Na Skarpie „B”, które od razu zostało nazwane „Osiedlem Patronatu ZMS”.
     Powstała budowa młodzieżowa z zetemesowskim kierownictwem i załogą. Dyrektor Zakładu Budownictwa Mieszkaniowego Feliks Brudziński był gorącym zwolennikiem przedsięwzięcia. Komitet Międzyzakładowy ZMS zaproponował na kierownika tej budowy magistra inżyniera Kazimierza Kokoszczyńskiego. W skład załogi oddelegowano młodych robotników i brygady pracy socjalistycznej. Jedną z pierwszych była brygada Ksawerego Ludwiczaka, przewodniczącego 30-osobowej grupy działania ZMS. Ksawery był zresztą pierwszym mieszkańcem tego osiedla.

     Po wielu latach od tego czasu władze, które nazwa osiedla związana z patronatem ZMS-u kłuła w oczy, zdecydowały o usunięciu z budynków tablic pamiątkowych. Nie uda się jednak całkowicie zniszczyć pamięci o tamtych wydarzeniach. Pod jednym z domów jest bowiem wmurowany kamień węgielny i - być może - po wielu latach ktoś odkryje, że w latach sześćdziesiątych XX wieku domy te powstały dzięki członkom Związku Młodzieży Socjalistycznej.

     Wracam do tego czasu i, choć częściowo, próbuję oddać klimat wielkiego początku, który coraz to skutkował jakimiś nowościami. W Płocku na przykład pojawiły się wówczas radzieckie zegarki naręczne: „Rodina” - zegarek-automat na 22 kamieniach, „Poliot” - zegarek na 17 kamieniach z automatycznym kalendarzem wskazującym dni miesiąca, „Sygnał” - zegarek-budzik na 18 kamieniach, o wymiarach zegarka naręcznego. Wszystkie z roczną gwarancją! Kupiłem „Sygnał”, który zainspirował mnie do zorganizowania akcji pod tą samą nazwą.

     Rada zakładowa Związku Zawodowego Budowlanych rozdaje ulotki o następującej treści:

     „Chcesz ułatwić sobie dojazd do pracy w kombinacie z okolic, gdzie nie kursuje autobus? Nie stać cię na motor? Możesz się posłużyć rowerem. W tym celu Rada Zakładowa Petrobudowy przyjmuje zamówienia na rowery produkcji radzieckiej w cenach: męskie po 850 zł, damskie po 900 zł. Nabywca otrzymuje rower po złożeniu zamówienia. Płatność jest rozłożona na sześć miesięcy. Do ceny roweru nie są doliczane żadne odsetki i niepotrzebny jest weksel”.

     Takie wiadomości były bardzo krzepiące, optymistyczne. Zegarki poganiały nas do roboty, a rowery pomagały ją „dopadać”. Nic więc dziwnego, że świat był coraz bliżej.

     Na biurku znajduję meldunek: „Informujemy Sztab Ekonomiczno-Interwencyjny Patronatu ZMS o wykonaniu naszego zobowiązania do zakończenia budowy masztu telewizyjnego stacji przekaźnikowej w Płocku. Gotowa konstrukcja masztu została złożona na placu przy ulicy Bielskiej 52 w Płocku.
Podpisano - Załoga Płockiego Przedsiębiorstwa Robót Mostowych. Prośba: dopilnujcie, żeby nie zmarnowali naszego wysiłku!”. Dopilnowaliśmy! Zbliżał się Festiwal Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu. Będzie można oglądać!...
     
     Inne wspomnienie, tym razem z zaprzyjaźnionego kraju. Pierwszego maja 1963 roku główną ulicą Karlowych Warów maszerują mieszkańcy, skandując hasła, podpowiadane przez spikera, na cześć przywódców Komunistycznej Partii Czechosłowacji i czechosłowackiego rządu oraz wiecznej przyjaźni ze Związkiem Radzieckim. Stoję na trybunie honorowej z trzema kolegami, budowniczymi Kombinatu Petrochemicznego w Płocku. Zostaliśmy zaproszeni przez załogę budującego się nieopodal Bratysławy Kombinatu Petrochemicznego Slovnaft w celu wymiany doświadczeń w pracy młodzieży na naszych budowach. Jest piękna pogoda, z wysokości trybuny oglądam otaczające nas wzniesienia i stylową secesyjną zabudowę. Kolorowy pochód młodzieży szkolnej, sportowców i junaków jakoś nie pasuje do tego otoczenia. Czerwone flagi i takiegoż koloru gwiazdy zdecydowanie nie harmonizują z estetyczną architekturą miasta. Wszystko jest jakieś niewiarygodne, sztuczne i nadęte. Z zamyślenia budzi mnie głos spikera, który oznajmia, że Karlowe Wary mają zaszczyt powitać delegację budowniczych polskiej Petrochemii. Rozlegają się oklaski, pionierzy podbiegają i wręczają nam kwiaty. Robi się sympatycznie, machamy do maszerujących ludzi, uśmiechamy się. Po kilku minutach podchodzi do mnie młody człowiek i prosi, abym w imieniu delegacji polskiej młodzieży pozdrowił przez radio młodych czechosłowackich budowniczych, powiedział kilka ciepłych słów do defilujących i wzniósł okrzyk w związku ze świętem klasy robotniczej całego postępowego świata.
     Zgadzam się, nie wypada odmówić, w dodatku w takim dniu. Słyszę zapowiedź, że z radością zostanie mi udostępniony mikrofon. Biorę go do ręki i wygłaszam bojowe minutowe przemówienie. Na zakończenie wykrzykuję (po czesku): „Niech żyje 1 maja!”. Rozlegają się brawa, stojący w pobliżu ściskają mi dłonie, poklepują. Po chwili jakiś niedogolony, niechlujny dryblas chwyta mnie za obie ręce i stanowczym głosem prosi, abym zszedł z nim z trybuny i udał się za kotarę koło stanowiska radiowego. Trochę się ociągam, wyjaśnia (rozumiem go piąte przez dziesiąte), że chodzi o moje przemówienie. Boję się, że powiedziałem coś nie tak, nie „po linii i na bazie”, i że mogę mieć kłopoty. Delikatnie wepchnięto mnie, popychając i ciągnąc zarazem, do pomieszczenia za kotarą, posadzono za jakimś prowizorycznym stołem. Poczułem się słabo, wydawało mi się, że za chwilę osunę się na ziemię. Podtykają mi jakiś papier i długopis. „Podpiszcie” - namawiają.

     - A co to jest? - pytam.
     - To 80 koron za waszą mowę do radia.

     Zdębiałem, ale chętnie podpisuję! Jak mi ulżyło! Rozluźniony mówię, że chętnie jeszcze raz wystąpię i przemawiać mogę dłużej! Wszyscy się śmiejemy! Pochód dobiega końca. Niedogolony dryblas informuje, gdzie jest najbliższa piwiarnia. Rozstajemy się w radosnym nastroju. Zapraszam moich kolegów na piwo. Nazajutrz dokładam do zarobionych, swoich 10 koron, i kupuję brązowe tekstylne półbuty. Wystarczyły na dwa letnie sezony. Najczęściej paradowałem w nich na płockich Tumach, rozmyślając nad ożywieniem i urozmaiceniem działalności patronackiej.

     Organizacja ZMS na budowie rozwijała się liczebnie i jakościowo. Zebrania odbywały się bezpośrednio po pracy lub w czasie przerw śniadaniowych. Ludzie początkowo nieufnie słuchali moich wystąpień. Każde z zebrań wnosiło jednak coś nowego, odkrywczego. Wszyscy się uczyli. Ja również ociosywałem swój charakter; życie i przyszłość tych młodych, prostych robotników stawały się dla mnie ważne. Czas uciekał, terminy ponaglały. Informował o tym ogromny napis: „ZMS przypomina, że do uruchomienia kombinatu pozostało tylko ... dni” (codziennie zmieniano liczbę informującą o terminie zakończenia budowy).

     Sprawiała mi satysfakcję praca z młodymi ludźmi, którzy przyjeżdżali na budowę w dobrej lub złej wierze - żeby zarabiać na życie albo też przede wszystkim ukrywać się przed wymiarem sprawiedliwości. Nawróconych grzeszników nie brakowało. Wciągałem ich do pracy we władzach ZMS-u czy też w grupach działania na budowach. Szczególną opieką otaczałem tych z domów dziecka oraz byłych więźniów. Ta praca dla niejednego z nich oznaczała powrót czy też po prostu wejście do społeczeństwa, w którym rządzi prawo.
     W składzie Komitetu Zakładowego było czterech kolegów „po przejściach”. Tylko ja znałem ich przeszłość. Murarz K.L. i spawacz S.P założyli rodziny, wychowali dzieci i doczekali się wnucząt. Magister J.S. popadł niestety w chorobę alkoholową i zmarł w samotności gdzieś na Mazurach. L.G. w 1963 roku ożenił się i wyjechał w Bieszczady, tam osiadł i zajął się działalnością hotelarsko-turystyczną.

     Wracam do zebrań. Jest przerwa śniadaniowa, uczestniczę w zebraniu grupy ZMS w pakamerze, obok budującej się wielkiej hali dla Petrochemii. Sekretarz grupy, zbrojarz Janek, informuje o decyzji kierownictwa w sprawie rozebrania resztek starej, krytej strzechą, chaty, która przeszkadza w postępie budowy. Załoga prosi o powstrzymanie rozbiórki, bo na chałupie jest bocianie gniazdo z pisklętami.

     - Prosimy cię, żebyś załatwił tę sprawę z dyrektorem naczelnym i poprosił go o zgodę na postawienie wieży, na którą przeniesiemy gniazdo, by na przyszły rok bociany powróciły, co dobrze będzie wróżyć nam i kombinatowi.

    I jak tu zignorować taki sentyment chłopaków, którzy na budowę przyjeżdżają z okolicznych wsi i mają przekonanie, że boćka i jego siedziby ruszyć po prostu nie wolno? Uzyskałem zgodę. Zbudowano wieżę. Jeszcze kilka lat wśród plątaniny rur bociany wychowywały tam nowe pokolenia. 

     W innym miejscu, przy budowie wysokiego komina pracowała prężna i energiczna młoda załoga. Sekretarz grupy, Franek poprosił mnie, żebym zaraz po pracy, na styku dwóch zmian, przyjechał do nich na uroczystość, a jaką, sam zobaczę na miejscu.

     Zebranie otwarte z udziałem kierownictwa tego fragmentu budowy zagaił Franek. Powiedział, że przeprasza za podstęp, ale załoga zwraca się z prośbą do sztabu patronatu ZMS o spowodowanie, by w końcu Powszechna Spółdzielnia Spożywców (PSS) zadbała o zaopatrzenie kiosku, w którym prawie zawsze brakuje mleka, chleba, masła, żółtego sera, kaszanki i salcesonu. Przyrzekłem, że zajmę się sprawą, ale poprosiłem członków załogi, by sami także wywarli jakiś nacisk na władze handlowe. Zebrani postanowili wybrać komisję, która zaplanuje działania „w celu usunięcia powstałych braków w zaopatrzeniu i by wesprzeć w ten sposób sztab patronatu ZMS”. Na zakończenie zebrania istotnie odbyła się mała uroczystość w związku z zakończeniem budowy komina, na którego szczycie zawieszono ogromny emblemat ZMS. Wyróżnieni otrzymali nagrody rzeczowe.

     Nazajutrz zostałem wezwany do Komitetu Powiatowego, gdzie dokładnie przepytano mnie o przebieg wczorajszego zebrania. Zarzucono mi wprost, że byłem inicjatorem działania, które spowodowało, że młodzi robotnicy odrutowali kilkakrotnie kiosk spożywczy w taki sposób, że sprzedawczyni nie mogła z niego wyjść.

     Miałem już wpadkę za opowiadanie szmoncesów żydowskich oraz za postawienie się dyrektorowi naczelnemu Petrochemii, Nowakowi. A wpadka za „strefę bezklozetową” z J. Tokarskim? I teraz to!

     Przewodniczący grupy ZMS, Franek, zapytany o powód takiego działania, odpowiedział, że taka była uchwała zebrania otwartego, na którym był obecny organizator Komitetu Centralnego. Jeśli kiosk nie zostanie zaopatrzony do godziny 15, to on, Franek, wejdzie na komin i będzie na nim siedział, aż sprawa będzie załatwiona.

     Pędzę na budowę.

     - Franek, na litość boską, dziewczyna cię oskarży i nie wyjdziesz z więzienia
- mówię.
     - Nie denerwuj się, nie zaskarży, tylko nie gadaj nikomu, to moja narzeczona - śmieje się serdecznie, aż mu kask na głowie podskakuje. Śmiech udziela się całej grupie, która zebrała się w związku z moim przyjazdem. Dziewczyna w kiosku też się śmieje, tym bardziej, że widzi zbliżający się po wertepach żuk PSS-u z zaopatrzeniem.

     Po rozmowie w Urzędzie Bezpieczeństwa dali Frankowi spokój, a prezes PSS dostał upomnienie partyjne.

     Do Białej dojeżdżałem ciężarówką, wywrotką bądź pikapem. Nieprzemakalny płaszcz i wysokie gumowe buty pozwalały mi w czasie deszczu dojść po wydeptanych ścieżkach do najodleglejszego miejsca tej 800-hektarowej budowy.Gdy było sucho, dojeżdżałem rowerem. Później zakładowy ZMS, którego byłem jedynym pracownikiem na etacie (pobory wypłacano mi w Komitecie Centralnym związku) dorobił się garbatej warszawy z demobilu. Pewnego razu, gdy nią jechaliśmy, na drodze zatrzymał nas chłop, który poprosił, by go pilnie zawieźć tą „muzoliną” do lekarza. Uśmialiśmy się z tej trafnej nazwy. To rzeczywiście było połączenie muzealnego obiektu z limuzyną.
     W 1963 roku została wydana książka Celiny Kulik pod tytułem Mazowieckie Preludium. Oto fragment dotyczący początku budowy:

     „To spotkanie z Ryszardem Strońskim utkwiło mi na długo w pamięci. Dałabym głowę, że był nawet nieogolony. Sprawiał w ogóle wrażenie człowieka zaniedbanego, z tą szarą barwą twarzy, jaką dają niedospane noce, z zaczerwienionymi oczami. Całości wrażenia dopełniała nieświeża, pomięta koszula. Wskazał na wypchaną skórzaną teczkę, którą postawił na podłodze, u nóg, i powiedział:

     - Proszę, to całe moje biuro. Tu jest wszystko: korespondencja, sprawy do załatwienia, pisma - wszystko.

     To „wszystko” brzmiało jak koncentrat żalu, zawodu... Czy ja wiem zresztą? Czułam przez skórę, że coś tu nie gra.

     - Nie macie tu nigdzie kawałka pomieszczenia, kąta? (...) - zapytałam.

     - Ależ skąd! Z telefonu korzystam w komitecie. Ale już pytali, kto za to będzie płacił. Maszynistka pisze korespondencję z łaski, bo niby dlaczego ma to robić. Mam wrażenie, że wielu kierownikom tutejszych przedsiębiorstw też się dałem we znaki. Ciągle przymawiam się o środek lokomocji, o miejsce w samochodzie. Przecież budowa rurociągu zajmuje ogromny obszar. W Płocku też huk roboty. Organizacja ZMS-owska dopiero w zalążku. Jest nas niewielu, wszędzie trzeba być; ciągle jakieś zebrania organizacyjne, narady, konferencje w dyrekcji w sprawie hoteli robotniczych, organizacji hufców pracy. W Radzie Narodowej - sprawa klubu młodzieżowego. Mamy taki upatrzony lokal...

     Mówi tak ciurkiem jeszcze długo, nazywa, jak w rejestrze, wiele spraw. Sama się zastanawiam, co ważniejsze: hotel czy klub młodzieżowy. Teraz, w Płocku, gdy coraz to mnóstwo ludzi przyjeżdża.(...)

     - Jak to jest właściwie - pytam - czy nikt z Komitetu Centralnego ZMS nie pomaga wam w sensie chociażby technicznym? No, w zdobyciu kawałka lokalu?

     Ryszard uśmiecha się.

     - Wiecie, jak to jest. Owszem, interesują się, gdy przyjeżdżam do Warszawy. Czasem ktoś tu wpadnie, wysłucha, zapyta: „Jak leci?” i powie parę pokrzepiających słów: „Radź sobie, przecież po to tu jesteś”.
     - A jak tam ze sprawami osobistymi (...) - macie już jakiś pokój? Co z rodziną, czy już przyjechała?
     - Ech, gdzież tam. Mieszkam kątem, gdzie się da.
     - Czemu nie zwrócicie się o pomoc do sekretarza, do komitetu?
     - Jeszcze nie. Ja tu jestem nikim. Jak coś zrobię, sami mnie zauważą. Chcę zapracować na kawałek uznania; no mniejsza z tym, na razie przebieduję, wytrzymam. Gdy organizacja okrzepnie, gdy będzie o nas słychać - sądzę, że mi coś przydzielą.
     - A wiecie, że na wschodnim odcinku rurociągu zgłosiło się 70 chłopców do ZMS? (...)
     - Organizujemy (...) sztab interwencyjny. Zamierzamy prowadzić działalność interwencyjną, zwłaszcza w dziedzinie dostaw dla budowy. (... ) Sztab (... ) pomoże też w sprawach kierowania na budowę kwalifikowanych młodych robotników... No i w ogóle, sporo pracy.”.

     Nie mniej pracy było w 1963 roku, kiedy to organizacja liczyła już 1600 członków. Dwudziestoosobowy Komitet Międzyzakładowy, w którego składzie było 15 magistrów i inżynierów koordynował pracę sześciu komitetów zakładowych, czterech wydziałowych, jednego hufcowego OHP (Ochotniczy Hufiec Pracy), dwóch szkolnych i jednego uczelnianego.

     A zaledwie w grudniu 1960 roku, na pierwszym walnym zebraniu powołano Komitet Zakładowy ZMS, którego zostałem I sekretarzem. Na moich zastępców wybrano mgr. Henryka Gołębiowskiego, mgr. inż. Wiesława Dutkiewicza i inż. Henryka Janczewskiego. Do składu pierwszego komitetu weszli ponadto: mgr Robert Lipowski, inż. Tadeusz Markiewicz, kilkanaście innych osób z wyższym wykształceniem oraz kilku robotników - spawaczy, murarzy, zbrojarzy.
     Było co robić; brakowało butów gumowych, mleka, pasztetowej, kaszan¬ki i. stołówek. ZMS w miarę swoich możliwości załatwiał sprawy socjalne, organizował zespoły artystyczne, biblioteki i dokształcanie. Ogłaszaliśmy ogól¬nopolskie zaciągi ZMS-owskie, dzięki którym na przykład w 1962 roku zgło¬siło się do pracy przy budowie kombinatu 180 poszukiwanych fachowców: murarzy, betoniarzy, spawaczy, montażystów, kierowców itp. Wykorzystując istniejące struktury edukacyjne, organizowaliśmy kursy zawodowe. Już w 1962 roku ukończyło je około 200 młodych ludzi, w tej liczbie 40 spawaczy i 100 kierowców. Stworzono Ochotniczy Hufiec Pracy ZMS, w którym szkolili się fachowcy budowlani wszystkich niemal specjalności, głównie zaś wykończe¬niowych. Wielu nauczycieli nieraz w trudnych warunkach pomagało junakom w ukończeniu szkoły podstawowej. Świetnymi wychowawcami i organizatora-mi pracy młodzieży w tamtych pionierskich czasach byli komendanci hufców pracy ZMS: T. Fabiszewski, R. Rutkowski, M. Wolski i A. Sapa.

     Moim zdaniem, najważniejsze było zapewnienie tym młodym ludziom dobrej przyszłości. Wtedy mogli tylko machać łopatą, często nie mieli nawet ukończo¬nej szkoły podstawowej. Czym się zajmą po ukończeniu budowy? Kim będą?

     Komitet Międzyzakładowy ZMS wysyłał chętnych z okręgu płockiego do szkół zawodowych na terenie całego kraju. Powstawały także szkoły na miejscu, głów¬nie z myślą o młodych mieszkańcach Płocka oraz o dojeżdżających codziennie z wiosek położonych w promieniu 50 kilometrów, a pragnących zdobyć zawód, który dawałby im perspektywę pracy w Petrochemii.

     Objechałem kilka okolicznych wsi, zachodziłem do domów tych robotni¬ków, którzy nie ukończyli siedmiu klas, rozmawiałem z ich żonami i dziećmi, pytałem, co myślą o swojej przyszłości, gdy robota na budowie się skończy.
     - Nie wiadomo, panie - mówili - ale co mamy na to poradzić?

     Wpadłem na pomysł, by stworzyć tym ludziom szansę, początkowo często nawet wbrew woli ich samych. Po robocie wsiadali przecież do rozklekotanych autobusów, które ich rozwoziły po wsiach. Po drodze często piwko i wino „paty¬kiem pisane”, wieczorem obrządzenie chudoby i sen do. 5 rano. Uczyć się nie mieli zamiaru, było im wszystko jedno!

     Po zlokalizowaniu kilkudziesięciu wsi, z których z każdej dojeżdżało co naj¬mniej 15 robotników, postanowiliśmy zorganizować w miejscowych szkołach kursy dla dorosłych. Władze oświatowe nie były przygotowane na taki wielki wy¬siłek organizacyjny i kadrowy. Trwały w przekonaniu, że nie namówimy tych ludzi do nauki, a właśnie to było warunkiem pomocy. Jak zatem zabrać się do dzieła?

     Przy komitecie międzyzakładowym ZMS powołałem specjalną komisję do przeprowadzenia rozmów z ewentualnymi przyszłymi kursantami. Z 400 osób, z którymi komisja rozmawiała bezpośrednio na budowach przez kilkanaście dni, około 280 osób rozpoczęło naukę. Największy odzew był na list do matek, żon
i dzieci robotników, dojeżdżających do pracy w Petrobudowie i przedsiębiorstwach podwykonawczych. W liście tym (wysłaliśmy ich ponad 2000) bardzo otwarcie pisałem, że budowa kiedyś się skończy, potrzebni będą fachowcy, dla półanalfabetów miejsca nie będzie. W imieniu ZMS-u namawiałem serdecznie, by adresaci skłonili swoich bliskich do podjęcia nauki. Obiecywaliśmy pomoc. Na wniosek ZMS-u komisja koordynacyjna związków zawodowych przy Petro- budowie dofinansowała zakup książek i zeszytów.
     
     Miałem trochę kłopotów - robotnicy przychodzili i narzekali, że przynajmniej do dzieci nie trzeba było pisać, bo „ino wstyd przed nimi”. Ale na naukę zdecydo¬wało się bardzo wielu. W ciągu trzech lat 700 osób skończyło szkołę podstawową.

     Ogromną wagę przywiązywaliśmy do stworzenia i zorganizowania całe¬go systemu kształcenia zawodowego na wszystkich poziomach. Wiedziałem, że to bardzo trudne zadanie. Wspomniałem już, że do pracy w Petrobudowie i przedsiębiorstwach podwykonawczych zgłaszało się wielu pracowników spo¬śród chłopów regionu płockiego, którzy nie mieli żadnego przygotowania do pracy w przemyśle. Trzeba było uczyć ich nie tylko wykonywania prac na budo¬wie, lecz także stworzyć im perspektywy stałego zajęcia. Powołaliśmy w związku z tym pierwszy na Mazowszu Uniwersytet Robotniczy ZMS, który od samego początku zyskał wielką popularność - już w pierwszym półroczu roku szkolnego 1960/61 około 1200 osób korzystało z różnych form działalności tej placówki. Zdobyli uprawnienia wykwalifikowanego murarza, betoniarza, operatora sprzę¬tu, lastrykarza, posadzkarza, montera. Dalszych 1500 osób w ciągu kolejnych trzech lat zdobywało kwalifikacje na 48 kursach.

     Głównie dzięki staraniom organizacji patronackiej, w 1963 roku utworzono w Płocku filie Politechniki Łódzkiej i warszawskiej SGPiS (dziś SGH). Zetem- esowska „muzolina” dowoziła wykładowców z ośrodków akademickich.

     Za wszystkie te działania Wojewódzka Rada Narodowa przyznała Komite¬towi Międzyzakładowemu ZMS złotą odznakę „Za zasługi dla województwa warszawskiego”.

     W pierwszych miesiącach budowy kombinatu płockiego nie było ani pie¬niędzy, ani pomieszczeń, żeby rozwijać życie kulturalne. Miejska kawiarnia „Te¬atralna” i jedyna sala widowiskowa w kinie „Przedwiośnie” to było stanowczo za mało! Nie przesadzę, jeśli powiem, że było ciemno, głucho i smutno. Ściąga¬jąca do Płocka młodzież domagała się instytucji kulturalnych.

     Niełatwe zadanie zorganizowania życia młodzieży w czasie wolnym od pracy wziął na siebie ZMS. Wystąpiłem o pomoc finansową do Komitetu Centralne¬go związku. Obiecano przekazać dotację w wysokości 75 000 zł pod warunkiem stworzenia zalążków jakiejś działalności kulturalno-rekreacyjnej. Patronat to nie tylko współzawodnictwo pracy, produkcja, dostawy, sztab interwencyjny, akcja „Sygnał”, „Alarm” czy „Zielona droga dla Płocka”. Patronami byli prze¬cież młodzi ludzie, pełni życia, potrzebujący kulturalnej rozrywki, zdrowego wy¬poczynku, sportowej rywalizacji.

     Kiedy w pierwszej połowie 1961 roku przydzielono mi pokój z kuchnią na powstającym osiedlu „Kolegialna”, łatwiej było mi spotykać się z zetemesowskim aktywem. Na jednym z zebrań przyjęliśmy jednomyślną uchwałę o powołaniu klubu ZMS i zorganizowaniu I spartakiady budowniczych kombinatu. Zdecydo¬wałem, że wystąpimy o lokal do burmistrza, zaznaczając, że organizacja otrzyma na ten cel dotację z Warszawy.

     Zaproponowałem nazwę dla klubu - „Marabut”. Nie zgadzano się na nią. Ar-gumentowano, że jest niepoważna. Inni zgłaszali: „Przyjaźń”, „Kombi”, „Patro¬nat”, a nawet. „Rura”. Ta ostatnia propozycja prowokowała do żartów. Może bym ją nawet zaakceptował, ale byłem przywiązany do mojego pomysłu. Nikt nie chciał przystać na jakiegoś tam afrykańskiego ptaka. Obecni na spotkaniu zde¬cydowanie zażądali, abym wreszcie powiedział, skąd mi on. wleciał do głowy. Podniosłem zatem do góry musztardówkę i zaproponowałem, abyśmy wypili za klub, który bez wątpienia musi nosić nazwę „Marabut”: MAzowiecka RAfineria w BUdowie. Radości nie było końca! Do rana świętowaliśmy wybór...

     Jeszcze w tym samym roku klub rozpoczął działalność. Ogromny wkład w jego uruchomienie wnieśli Kazik Kokoszczyński - kierownik budowy osiedla „Patronatu”, Włodek Zbroszczyk, Ferdek Kukuła, Renusia Piechowicz, prze¬wodnicząca Klubu Młodych Radnych przy MRN w Płocku, Maciek Świderski, późniejszy I sekretarz Komitetu Międzyzakładowego ZMS, jeden z kierowni¬ków „Marabuta” i wielu innych.

     Wspomnę o samej uroczystości otwarcia placówki. Atmosfera była charak¬terystyczna dla czasów tak zwanej „walki o Płock”. Wyjątkowo zbratani ludzie nie zwracali uwagi na ceregiele.

     Kiedy na inaugurację zaprosiliśmy przedstawicieli władz, okazało się, że bra¬kuje wstęgi. Kazik z Włodkiem błyskawicznie postarali się o rolkę papieru toale¬towego. Rozwinęli ją na odpowiednią długość i, trzymając prowizoryczną wstęgę przed wejściem do klubu, dawali znaki, abym zaprosił gospodarzy miasta do jej przecięcia, co natychmiast zrobiłem, podając nożyce. I sekretarz Komitetu Mia¬sta i Powiatu partii Igor Łopatyński i przewodniczący Miejskiej Rady Narodowej Henryk Białczyński przecięli ją z humorem, jakby była z jedwabiu. Wszyscy bawili się wesoło.

     Teraz życie młodzieży skupiało się głównie w „Marabucie”. Tu powstawały programy i rodziły się nowe inicjatywy, były organizowane imprezy integracyjne dla rodzin budowniczych kombinatu. Wielkim powodzeniem cieszył się zespół artystyczny, który dawał występy dla załóg w nowo powstających halach pro¬dukcyjnych lub w plenerze.

     Budowniczowie w większości pochodzili z okolicznych wiosek, gdzie, poza ki¬nem objazdowym, które zjawiało się raz na miesiąc, raczej nie mieli okazji oglą¬dać aktorów na scenie czy posłuchać muzyki na żywo. Realistycznie opowiadał
o tym w swojej książce Rajmund Gersz (był wtedy majstrem w Betonstalu, na tym koncercie siedziałem obok niego):

     „Po pierwszych pogłoskach, że w najbliższym czasie na budowie odbędą się występy, ludzie zwracali się do nas z powątpiewaniem:
     - Panie, tu, na robocie - występy?
     - To we wsi, jak pamiętam, raz czy dwa coś pokazywali w remizie, ale tutaj?
     - Czy to źle?
     - Kto mówi, że źle? Ale nie chce się wierzyć.

     Jeszcze przed dwunastą dopytywali się z odrobiną obawy, czy będzie ten „te¬atr” na pewno? Będzie, będzie!

     Około południa stanowiska pustoszeją. Ludzie wychodzą ze wszystkich zaka-marków i zdążają w jednym kierunku. Duża hala nie może pomieścić wszystkich. Naprędce pokładziono deski na pustakach i ławki były gotowe. W ten sam spo¬sób zaimprowizowano scenę. Robotnicy zajmowali miejsca, zaczynając od koń¬ca. Pozdejmowali czapki, odkrywając białe łysiny. Ludzi przybywało coraz więcej. Rozglądałem się po wszystkich i szukałem Kuśmierka. Gdy kazałem mu przyjść na występ, przerwał na chwilę robotę, wyprostował plecy i powiedział:
     - Panie, dotąd żyłem i nie widziałem żadnych artystów, to będę żył i dalej. Co mi tam jakieś śpiewanie? Zarobię, to sobie wtedy sam zaśpiewam.(...)

     Wzruszył ramionami i splunął w ręce, zabierając się do roboty.
     Rozglądałem się dalej. Nie było go. (...) Program się rozpoczął. Młodzie¬żowy zespół zbierał po każdym numerze rzęsiste oklaski. Wszystkim podobał się śpiew, charakterystyczne tańce, monologi w stylu sołtysa z Chlapkowic. Hala była nabita po brzegi. Ci, dla których zabrakło miejsca na ławkach, po- wchodzili na rusztowania, na wysoką rampę, stali stłoczeni głowa przy głowie. Na końcu . przycupnął na cegłach Kuśmierek. Muzyka widocznie zwabiła i jego. Słuchał uważnie, śmiał się głośno z innymi z dowcipów opowiadanych przez konferansjera. Ludzie po każdym numerze żywo reagowali. Zapomnieli na chwilę, że po przyjeździe do domu trzeba iść w pole, zapłacić ratę za nowe meble, zaprowadzić krowę do weterynarza, bo nie chce żreć...

     Program się skończył. Nikt nie ruszał się z miejsc. Wszyscy chcieli, by poka¬zano im jeszcze coś. Dopiero po bisie ostatniej piosenki niechętnie zaczęli wsta¬wać i usuwać ławki. Cóż, skończyło się i trzeba wracać do roboty. (...) Od tego czasu długo powtarzano sobie na budowie fragmenty zasłyszanych dowcipów”.

     Już w 1961 roku z mojej inicjatywy miała miejsce I letnia spartakiada budowni¬czych kombinatu. Od tego momentu odbywała się dwa razy w roku - zimą i latem. Cieszyła się zawsze dużym zainteresowaniem i skupiała setki zawodników. Każdego roku na Mazurach były organizowane kilkudziesięcioosobowe obozy wypoczynko- wo-szkoleniowe dla młodzieży. ZMS-owcy pomogli także stworzyć nad Wisłą przy¬stań klubu „Budowlanych” i wyposażyć w sprzęt klub żeglarski „Morka”. Komitet Międzyzakładowy ZMS urządzał wycieczki zagraniczne: do ZSRR, NRD, Czecho¬słowacji i na Węgry. Zorganizowałem wymianę brygad młodzieżowych między kom¬binatami Slovnaft w Czechosłowacji, Schwedt w NRD i Petrochemią w Płocku.
     Niełatwo opisać wszystkie aspekty tak skomplikowanego przedsięwzięcia, którym w latach 1960-1964 zajmowałem się w Płocku, a któremu na imię było: Patronat ZMS nad budową Petrochemii i rurociągu „Przyjaźń”. Tamte lata wspominam jako najpiękniejsze w życiu.

     Nie było nudy. Na wielkiej budowie zawsze robiłem coś po raz pierwszy. Zarażałem młodzież niekonwencjonalnym sposobem działania, korzystałem ze wszystkich dobrych rad, nie byłem zaślepiony ideologicznie, miałem poczucie humoru. Bezbarwność, sztywniactwo i bełkot nowomowy odstraszały ludzi od działalności partyjnej. Woleli być z nami, z ZMS-em. Większość członków komitetu i sztabu patronackiego ZMS miało wyższe wykształcenie techniczne i ekonomiczne, a w komitecie partyjnym więcej niż połowę grupy stanowili robotnicy. W czym i jak mogli nam pomagać?

     Z perspektywy czasu jestem zaskoczony skalą i rozmachem tych akcji, których - przyznam - wielu byłem inicjatorem. Ciągle robi na mnie wrażenie postawa wspaniałych dziewcząt i chłopców tamtych czasów, ich niekłamanego entuzjazmu. Bezinteresownie, społecznie, często kosztem życia rodzinnego poświęcali swoje umiejętności i czas dla nowego Płocka. Należy im się największy szacunek i pamięć.

     Najlepszy reportażysta nie potrafiłby chyba odtworzyć atmosfery tamtych dni. Myślę, że mogłoby się to udać Hannie Krall, która przyjechała na budowę w 1962 roku i poprosiła, abym pomógł jej zatrudnić się w jakiejś kobiecej brygadzie. Niemądry, starałem się ostudzić jej zapał do obserwacji życia na budowie od wewnątrz. Było zimno i błotniście. Łaziliśmy po rozległym terenie kombinatu, w gumowych butach i roboczych płaszczach przeciwdeszczowych. Udało się tym razem, niestety, zgasić w niej żar rasowego reportażysty. Po tym „spacerze” zrezygnowała. Dziś żałuję, że ta utalentowana kobieta nie zebrała materiału do, być może, swojej nowej książki lub reportażu. Płock i jego ludzie zasługiwali na najlepsze pióra!

     Budowano hotele robotnicze, ale wciąż brakowało miejsc noclegowych. Komitet Zakładowy ZMS nie miał możliwości natychmiastowej pomocy, odsyłał wtedy potrzebujących do Komitetu Zakładowego partii, gdzie składali podania z prośbą o pomoc w znalezieniu kwater. Nie ukrywam, że treść podań była ustalana w komitecie ZMS.

     Otóż pewnego dnia zatelefonowałem do sekretarza partii, aby zechciał porozmawiać z dwoma robotnikami w sprawie ich zakwaterowania w hotelu robotniczym.
- Nie mamy w tej chwili żadnych możliwości - odpowiedział towarzysz S.P
- Rozumiem - ściszyłem głos - ale to jest wyjątkowa sprawa, partia powinna wiedzieć o tym, co oni opowiadają, i postarać się nam pomóc w rozwiązaniu problemu.

     To go zaintrygowało - lubił wiedzieć, co w trawie piszczy, orientować się w sytuacji, mieć argumenty w stosunku do źle działającej administracji.

     W rozmowie z sekretarzem robotnicy ujawnili zatem, że śpią w stodole na słomie, nie mają wody, toaleta co prawda blisko, bo za stodołą, ale praktycznie jest nie do użytku. To by jeszcze nie stanowiło problemu, ale ostatnio, już dwukrotnie, napadli na nich w stodole jacyś robotnicy z pobliskiej bazy Przedsiębiorstwa Robót Kolejowych. Doszło do gwałtu. Rozpoznali wśród nich, choć nie są tego pewni i nie mogliby dać za to głowy, jednego członka partii. Chcą stamtąd zatem jak najszybciej uciec i bardzo proszą o pomoc. Sekretarz kazał im się wynosić, bo - jego zdaniem - są zwykłymi pedałami i tyle, a on z takimi nie ma zamiaru gadać. Przybiegli do mnie wystraszeni. Radziłem im iść do roboty i nikomu o tej rozmowie nie wspominać.

     Wyszli niepewni swego losu. Mieli żal do mnie, że kazałem im opowiedzieć tę zmyśloną historię. Nie domyślali się, że to był początek na drodze do uzy¬skania mieszkania w hotelu robotniczym. Nie wiedzieli przecież o tym, że kilka miesięcy wcześniej odbyło się posiedzenie egzekutywy Komitetu Zakładowego partii, na którym rozpatrywano sprawę głównego księgowego jednego z przed¬siębiorstw podwykonawczych, którego przyłapano w niedwuznacznej sytuacji z szeregowym członkiem ZMS, młodszym magazynierem. Wówczas sekretarz zaproponował wydalenie księgowego z partii, a magazynier miał być usunięty z pracy. Ośmieszyłem ten wniosek. Zaproponowałem, aby partia, zamiast na¬głaśniać sprawy niebędące w żadnej mierze problemem natury ekonomicznej, zajęła się staraniem o terminowe dostawy materiałów budowlanych. Stwierdziłem: „Sprawę należy utajnić, żeby ludziom nie zrobić krzywdy. Partia nie powinna zajmować się ich życiem prywatnym”.

     Sekretarz, po rozmowie z mieszkańcami stodoły, wpada do mnie na drugi dzień i, już od progu, mówi podniesionym głosem:
- Nie przysyłaj mi swoich ludzi, ty sobie z nimi załatwiaj sprawy, ja nie będę rozmawiał z pedałami. To są jakieś zdemoralizowane jednostki, muszę wyciągnąć z tego wnioski, trzeba ich ukarać, porozmawiam z kierownictwem ich zakładu!
- Uspokój się, Stasiu, wypij kawę i spokojnie o tym porozmawiajmy.
Uświadomiłem mu, przede wszystkim, że sprawa nie dotyczy jakichś tam
urzędników, inteligentów, ale prostych robotników, którzy są solą naszej partii. Z jej podstawowych pryncypiów i ideologicznych założeń wynika, że najważniej¬szą motoryczną siłą tej organizacji jest klasa robotnicza. Powinniśmy zasilać szere¬gi partii młodymi robotnikami, a nie pozwalać, żeby działa im się krzywda.
- Jak wynikało z tej relacji, jacyś ludzie, w tym prawdopodobnie partyjny aktywista, gwałcą moich członków ZMS! - mówiłem. - Czy chcesz wywlec sprawę na zewnątrz? Stać się pośmiewiskiem?
- Jak to są twoi ludzie, to sam im załatw ten hotel!
- Dobrze, ale będę musiał przeprowadzić śledztwo, z którego niestety wy¬niknie, że członkowie partii deprawują młodzież!
- Co znowu za członkowie partii, jakiś jeden gnój się znalazł i zaraz członkowie... (243)
c.d.n.

Ryszard Stroński

  Ryszard Stroński urodził się w 1933 roku na Wołyniu . Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Działacz, nauczyciel, urzędnik, dyplomata. W Obrączce z tombaku opisuje życie swoje i swojej rodziny na terenach dzisiejszej Ukrainy, w Polsce, Rosji i w Wielkiej Brytanii. W lekkiej formie opowiada także o trudnym czasie przemian politycznych i gospodarczych w drugiej połowie XX i pierwszych latach XXI wieku.
  Ciągle żywi nadzieję, że w ojczyźnie zapanuje sprawiedliwość społeczna, obywatele będą szanowani, znikną nadmierne przywileje i przesądy, a życie następnych pokoleń będzie lepsze w zjednoczonej Europie.
  Tak wyobraża sobie sprawiedliwość dziejową.
  Gdy czyta się tę książkę bez ideologicznego uprzedzenia, negowania a priori wszystkiego, co było pozytywne przed 1989 rokiem, wykreślania lat PRL-u z ciągłości bytu państwowego Polski, to widzi się po prostu człowieka, ciekawie opowiadającego o swoim życiu.
  Wybierając fragmenty wspomnień z książki, której pełną wersję można pobrać w Bibliotece „Warszawskich Pokoleń” (zob. zakładka „Biblioteka”), chcemy podkreślić przy okazji przypominania ważnych inicjatyw młodzieżowych z lat PRL-u, ich obywatelski charakter, ale także nacechowane troską i humorem codzienne bytowanie „budowniczych” nowej Polski.

Redakcja „Warszawskich Pokoleń”

Okresowa narada krajowa dla oceny patronatu ZMS nad budową rurociągu naftowego „Przyjaźń" Przewodniczy Władysław Laskowski. Siedzą na pierwszym planie: Henryk Kanicki, Andrzej Bem i organizator KC ZMS Ryszard Stroński.

1962 r. Na budowie Petrochemii. Od lewej: autor, Biowski, Jerzy Terej, Stanisław Kociołek, Marian Renke, Władysław Laskowski, Antoni Rogucki, Grzegorz Sokołowski

Pierwszy Komitet Zakładowy ZMS powołany w 1960 roku (autor ósmy z lewej)

Manifo.com - free website