Ze wspomnień Lecha Kobylińskiego - "Konrada" (6)

      Żoliborz

   Czwartaków pod moim dowództwem którzy przybyli kanałem na Żoliborz rankiem 29 sierpnia powitali koledzy walczący na Żoliborzu. Większość z nas przemoczona w kanale była tak wyczerpana, że padliśmy tak jak staliśmy na ziemię zasypiając kamiennym snem. Pamiętam, że gdy obudziłem się, chyba już dobrze po południu, ze zdumieniem zobaczyłem jak nasi koledzy z Żoliborza pożerają przyniesioną przez Tadka Wartownika czekoladę. 
   Pierwsza rzecz, o która zapytałem, gdzie jest reszta kolegów ze Starówki i dowiedziałem się, że za mną z kanału wyszło jeszcze kilkunastu alowców i potem nastąpiła przerwa. Nie wychodził nikt. Nie wiadomo było, co się stało. Po kilku godzinach kanałem poszedł łącznik (Antek?) i gdy wrócił, powiedział, że doszedł do włazu pod dworcem Gdańskim i musiał zawrócić, bo Niemcy zablokowali kanał belkami żelaznymi wpuszczonymi pionowo przez właz, uniemożliwiając przejście. Więcej nikt ze Starówki tym kanałem nie przyszedł. 
   To, co prawdopodobnie zaszło w kanale opisuje „Agawa” (Bogdan Czeszko), który szedł w następnej grupie, w książce zawierającej wspomnienia „Czwartaków”. Najpewniej Niemcy w końcu usłyszeli jakiś hałas i zaczęli gęściej rzucać granaty wywołując panikę, co spowodowało cofnięcie się następnej grupy. A potem wpuścili przez właz belki żelazne uniemożliwiając przejście w ogóle. 
   Po umyciu się zameldowałem się w dowództwie Armii Ludowej na Żoliborzu. Dowódcą był kapitan „Szwed” (Jan Szaniawski), który przyszedł przed tygodniem ze Starówki, jego zastępcą porucznik „Zenon” (Zenon Kliszko). Była tam także grupa powstańców alowców z mojego dawnego oddziału oraz z żoliborskiej grupy ZWM. Tego, lub następnego dnia sformowany został z przybyłych ze Starówki powstańców oraz z miejscowych batalion „Czwartaków”, którego zostałem mianowany dowódcą. Trudno właściwie mówić o batalionie, bo było nas około 40, być może do 50 ludzi, ale większość uzbrojona. Był to zatem najwyżej oddział w sile kompanii. 
   Drugiej kompanii „Czwartaków”, która wyszła ze Starówki około 20 sierpnia pod dowództwem porucznika „Teocha” (Teodor Kufel) na Żoliborzu już nie było. Kompania ta w całości poszła kilka dni wcześniej przed naszym przybyciem w stronę puszczy Kampinoskiej. „Czwartacy” otrzymali do obrony odcinek Alei Wojska Polskiego pomiędzy prostopadłymi do niej ulicami Kozietulskiego i Wyspiańskiego, to znaczy północną stronę tej ulicy. Strona południowa była nie zabudowana i aż do rejonu Dworca Gdańskiego rozciągały się tam pola wykorzystywane jako działki przez mieszkańców Żoliborza. Północna strona ulicy była zabudowana kilkupiętrowymi blokami mieszkalnymi, w których mieliśmy swoją pozycję. Z pozycji w tych blokach obserwowaliśmy jeszcze w dniu 30 i 31 sierpnia oraz 1 września palącą się Starówkę oraz sztukasy zrzucające bomby. Utkwił mnie w pamięci obrazek, gdy sierżant „Józik” (Rosjanin, który przyszedł z nami za Starówki i był w moim oddziale) patrząc na to ocierał łzy z oczu i mówił: „Biedna Starówka”.
   Na naszym odcinku było w tych dniach względnie spokojnie. Niemieckie stanowiska były w znacznej odległości, chyba około 300- 400 metrów, przy torach kolejowych i w zabudowaniach Dworca Gdańskiego i stamtąd Niemcy prowadzili okazjonalnie ostrzał lecz nie nacierali. Głównie dawał się we nam we znaki jeden, lub może dwóch, snajperów, i od ich pocisków zginęło kilku naszych jak też i akowców z sąsiadującego z nami oddziału AK. 
   W dniu 31 sierpnia, lub być może 1 września obserwowaliśmy duży, chyba około 100 osobowy oddział powstańców z Amii Krajowej przybyłych z rejonu puszczy Kampinoskiej, którym rozkazano z pozycji wyjściowych w naszych blokach zaatakować rejon dworca Gdańskiego w celu wyrąbania przejścia dla oddziałów ze Starego Miasta. Było to w dzień i rozkaz był zupełnie bezsensowny. Obserwowałem jak chłopcy ci próbowali podejść do torów i dworca Gdańskiego obsadzonych przez Niemców w ogniu karabinów maszynowych i jak po kilku godzinach musieli się wycofać unosząc ze sobą wielu zabitych i rannych. Tego samego dnia wieczorem poszli oni na powrót do Kampinosu.
   Po kilku dniach, chyba około 10 września otrzymałem rozkaz zabrania rezerwy oddziału Czwartaków i udania się na Marymont dla obsadzenia pozycji przy pętli tramwajowej. Przybyłem tam z kilkunastu osobową załogą. Przy pętli tramwajowej nie było nikogo a całe, zabudowane niewielkimi willami i domkami osiedle było puste. Domy były otwarte, częściowo wyszabrowane i opuszczone przez mieszkańców i ani powstańcy ani też Niemcy ich nie obsadzili. Najbliższy obsadzony przez Niemców rejon to był doskonale widoczny obszar Centralnego Instytutu Wychowania Fizycznego na Bielanach (CIWF), który znajdował się w odległości około kilometra od ostatnich domów oddzielony od nich trawiastą płytką dolinką z nielicznymi drzewami. 
   Poleciłem swoim chłopcom obsadzenie kilku strategicznie położonych domów i obserwację przedpola, a sam z podporucznikiem „Zbyszkiem”, adiutantem, „Stefą” i kilkoma chłopcami zakwaterowaliśmy się w dużej willi położonej najbliżej pętli tramwajowej. Przez pierwsze dwa dni nic na tym odcinku się nie działo, obserwowaliśmy tylko przez lornetkę pewien ruch Niemców na obszarze CIWF, ale nie było widać, by chcieli oni podejmować jakąś akcję. Drugiego dnia przybiegł właściciel czy też lokator willi, w której kwaterowaliśmy z awanturą, że ktoś zniszczył mu chassis adaptera. Willa ta, jak zresztą wszystkie inne w rejonie, była częściowo rozgrabiona, a przede wszystkim wszystkie cenniejsze przedmioty były albo wyniesione przez właścicieli albo wyszabrowane, jak człowiek ten potem wyjaśnił, albo przez Niemców, którzy dokonywali wypadów do dzielnicy albo przez polskich szabrowników.
   Po pewnym czasie Niemcy musieli jednak zauważyć jakiś ruch przy pętli i postanowili sprawdzić, co się dzieje na Marymoncie. Było to chyba trzeciego dnia naszego tam pobytu. Posterunek z domu naprzeciw CIWF doniósł w pewnym momencie, że zbliża się z tamtego kierunku tyralierą oddział Niemców w sile chyba plutonu. Przygotowaliśmy dla nich komitet powitalny, i gdy byli dostatecznie blisko otwarliśmy ogień. To byli doświadczeni żołnierze, wiedzieli jak się zachować, zapadli się w różnych zagłębieniach gruntu, zaczęli się ostrzeliwać, kilku z nich udało się skryć w pierwszej linii domków i tam staraliśmy się ich wytropić. Po godzinnej, lub może nieco dłuższej, strzelaninie zaczęli oni skokami wycofywać się unosząc ze sobą paru rannych lub być może zabitych. Miałem ze sobą tylko około dwudziestu chłopców, zbyt mało by podejmować jakąś akcję pościgową. Tak skończył się ten niemiecki wypad.
   Wysłałem odpowiedni meldunek do dowództwa, a na drugi dzień przyszedł do nas z dowództwa porucznik „Ludwik” (Aleksander Wolski). Wówczas zauważyliśmy przez lornetkę, że Niemcy koncentrują większe siły w rejonie CIWF i wkrótce stamtąd ruszyła tyraliera wspomagana karabinem maszynowym na wózku. Szybko organizowaliśmy obronę. Zająłem stanowisko na poddaszu dużej willi, z małego okienka był doskonały widok na przedpole i nacierających Niemców. W innych domach zorganizowano także stanowiska ogniowe. W pomieszczeniu na poddaszu był obok mnie porucznik „Ludwik”, porucznik „Heniek” (Edward Baczyński), adiutant „Zbyszek” i łączniczka „Stefa”. Miałem doskonały i celny dziesięciostrzałowy półautomatyczny karabin z którego otworzyłem ogień do nacierających Niemców smugowymi pociskami. Już kilka pierwszych strzałów było celnych i biegnący Niemcy przewrócili się ranni lub zabici. 
   Smugowe pociski musiały zdradzić jednak nasze stanowisko. W pewnej chwili zauważyłem, że z drzewa, które stało mniej więcej w połowie drogi między nami a CIWF odpada gałąź. W pierwszej chwili nie zdałem sobie sprawy, co to oznacza, ale intuicyjnie krzyknąłem „Kryć się” a sam kucnąłem kryjąc się za murkiem. W następnej chwili przez okienko wpadła do pomieszczenia seria pocisków z małokalibrowego działka przeciwlotniczego znajdującego się w CIWF. Działko to było dla nas początkowo niewidoczne, ponieważ było przysłonięte drzewem rosnącym na przedpolu, a pierwszy pocisk z tego działka strącił dużą gałąź z tego drzewa odsłaniając je. Pociski zaczęły się rozrywać w pomieszczeniu strychowym i nawet na klatce schodowej a porucznik „Ludwik” dostał postrzał w nogę, przy czym pocisk uszkodził mu poważnie kość. Pozostali byli też poszkodowani, ale zdołali się skryć w porę i rany nie były poważne. „Stefa” miała całą twarz upstrzoną ziarenkami prochu od wybuchu, ja miałem nogę posiekaną drobniutkimi odłamkami, to samo „Zbyszek”. Musieliśmy natychmiast opuścić stanowisko, zabrać rannego „Ludwika” i obsadzić inne stanowisko w sąsiednim domu.
   Celny ogień z naszych stanowisk ogniowych zmusił jednak Niemców do odwrotu i zabierając kilku swoich zabitych i rannych, (co można było obserwować dobrze przez lornetkę), zaniechali oni dalszego natarcia i wycofali się do CIWF. 
   Tego wieczora otrzymałem przez łącznika z dowództwa rozkaz zwinięcia stanowisk i powrotu, a nasze stanowiska zostały obsadzone przez alowców z trzeciego batalionu pod dowództwem kapitana „Hiszpana” (Henryk Woźniak). Następnego dnia Niemcy zaatakowali ponownie jeszcze większymi siłami i po ciężkiej walce Marymont został utracony a w czasie odwrotu kapitan „Hiszpan” zginął. 
   Po tej akcji zostałem wezwany do sztabu, gdzie porucznik „Zenon” (Zenon Kliszko) zarzucił mnie złą obronę Marymontu, niesubordynację, doprowadzenie do ciężkiego zranienia porucznika „Ludwika”, usiłowanie samowolnego opuszczenia Żoliborza i przejście do Kampinosu i coś tam jeszcze. Zarzuty te były absurdalne i byłem zdumiony i zaskoczony ich postawieniem. Oświadczył, że dowództwo Armii Ludowej na Żoliborzu zawiesza mnie w prawach żołnierza Armii Ludowej i zdejmuje mnie z funkcji dowódcy batalionu „Czwartaków”. Stwierdził, że mam natychmiast przekazać obowiązki dowódcy batalionu kapitanowi „Kobra” ( Zdzisław Zieliński). 
   Gdy wiadomość ta przeniknęła na kwaterę „Czwartaków” chłopcy wszczęli bunt. Oświadczyli, że nie oddadzą swego dowódcy, odmawiają słuchania rozkazów kapitana „Kobry” i jeśli ta decyzja nie będzie cofnięta, opuszczają szeregi Armii Ludowej. Wytworzyła się dramatyczna sytuacja. W mojej obronie stanęła „Ola” (Helena Kozłowska), odpierając (bezpodstawne zresztą ) zarzuty „Zenona”.
   Pod jej wpływem „Zenon” musiał ustąpić, choć tylko częściowo. Zostałem nie usunięty, lecz zawieszony w obowiązkach dowódcy batalionu i pozostałem nieformalnym dowódcą, choć przez kilkanaście następnych dni pozostawałem na zapleczu i nie brałem udziału w walkach (zresztą większych działań w tym czasie nie było). Dodatkowo, dla zachowania pozorów, otrzymałem całkowicie zbędną funkcję oficera operacyjnego dowództwa Żoliborza, której nawet nie zamierzałem obejmować. Kapitan „Kobra” otrzymał inny przydział, jako dowódca trzeciego batalionu, na miejsce poległego kapitana „Hiszpana”.
   Do dziś nie wiem, co było istotną przyczyną ataku „Zenona” na mnie i chęci odebrania mi dowództwa baonu; fakt że „Zenon” mnie wyraźnie nie lubił, a ze „Szwedem” „Czwartacy” weszli w konflikt jeszcze na Starówce. Myślę, że „Zenon” podejrzewał (może mu ktoś to podpowiedział?), że gdy objęliśmy placówkę na Marymoncie to my zaatakowaliśmy Niemców chcąc przebić się do Kampinosu. Nic takiego jednak nie przyszło nam do głowy. Oczywiście takiej możliwości w tym czasie nie było ani takiego zamiaru. CIWF był obsadzony silnym oddziałem niemieckim, co doskonale widzieliśmy przez lornetkę. Oficjalnym zarzutem była zła jakoby obrona Marymontu, bo według jego zdania sprowokowaliśmy Niemców a także byli ranni - nie było to prawdą, bo Marymont obroniliśmy skutecznie małymi silami a zarzut, że z mojej winy ktoś został ranny był absurdalny (w czasie obrony był z naszej strony ranny tylko jeden „Ludwik” a bój był całkiem poważny). Oczywiście do uratowania krytycznej sytuacji przyczyniła się przede wszystkim „Ola”. Miałem z nią wiele do czynienia, zarówno przed powstaniem, gdy była opiekunką „Czwartaków”, jak i w czasie powstania. Mądra, spokojna i zrównoważona i opiekuńcza doskonale rozumiała młodzież, potrafiąc znaleźć stosowne do niej podejście i znajdując rozwiązanie ewentualnych konfliktów i z tych powodów bardzo ją wszyscy lubiliśmy i szanowaliśmy. Tak i w tym przypadku zapobiegła ona możliwości poważniejszego konfliktu gdyby „Zenon” upierał się przy swoim zdaniu. Na szczęście tak się nie stało. Ten stan zawieszenia trwał do 29 września, gdy wczesnym rankiem wobec rozpoczęcia natarcia niemieckiego otrzymałem rozkaz natychmiastowego objęcia dowództwa baonu i podjęcia walki.
Strony:   <<<   1   2   3   4   5   6  >>>
Strony:   <<<   1   2   3   4   5   6  >>>
Ilustracje do Wspomnień L.Kobylińskiego:

Żoliborz i Stare Miasto - 1944

Manifo.com - free website